1/ Przygotuj się na przyjęcie Pana

To ty sam sprawiasz, że Bóg jest daleki albo bliski. Kochaj, a On się przybliży. Kochaj, a On zamieszka w tobie (* Ser. 21,2).

„Modlitwa twoja, to rozmowa z Bogiem" (En. in ps. 85,7). Ażeby z kimś rozmawiać, trzeba nam najpierw odczuć jego bliskość. A przecież tak często nie czujemy obecności Boga. Gdy do niego mówimy, wydaje nam się nieobecny, daleki, a nasze słowa zdają się wpadać w pustkę.

Jednak św. Augustyn czuje Boga bardzo blisko siebie. Zwraca się doń, jak dziecko zwraca się do swego taty: „Nieskładnie, lecz śmiało przemawiałem do Ciebie, jasności moja, bogactwo moje, zbawienie me, Panie Boże mój" (Conf. IX, 1,1). I w obecności Boga Augustyn medytuje, zastanawia się nad sobą, mnoży znaki zapytania. Wszystko mówi mu o Bogu i on sam bez przerwy mówi do Boga. Bóg nie jest dla niego rzeczywistością abstrakcyjną, lecz Osobą, z którą można naprawdę rozmawiać. Bóg ma serce, które bije podobnie jak nasze serce. Co więcej, Bóg wędruje wraz z nami. Wolą i pragnieniem Boga jest być z nami. Oto dlaczego lubi nazywać się Emmanuelem, Bogiem-z-nami. Św. Augustyn jest rzeczywiście bardzo wrażliwy na tę żywą i przyjazną obecność Boga. Odczuwa Boga tuż obok siebie, tuż obok nas.

Ty jesteś życiem dusz, tym, co ożywia życie. (...) ATy byłeś bardziej wewnątrz mnie niż to, co we mnie było najbardziej osobiste (...) (Conf. III, 6,10).

Św. Augustyn nie zawsze jednak odczuwał tę obecność Boga w swym życiu. Trzeba nam zatem przeanalizować trudności, jakie napotykał w modlitwie, albo przynajmniej warunki, które trzeba spełnić, aby móc się modlić i to dobrze się modlić. Trudności św. Augustyna są naszymi własnymi trudnościami. W nim odnajdujemy nas samych.

Aby dobrze się modlić nie wystarczy, by Bóg do nas przemawiał, by Bóg zwracał się do nas. Jest absolutnie konieczne, abyśmy byli wrażliwi na Jego obecność, abyśmy ją odczuwali. Tymczasem jakże często owej wrażliwości nam brakuje; nasze oczy stają się ślepe na Jego obecność, a nasze uszy głuche na Jego głos. Aby się modlić, trzeba nam zatem odnaleźć ową wrażliwość. Jest to wrażliwość serca.

Bóg jest niewidzialny; należy Go szukać nie okiem, lecz sercem. I jak chcąc spojrzeć na słońce musimy oczyścić cielesne oko, by zobaczyć światło, tak musimy oczyścić i oko serca, jeżeli chcemy widzieć Boga (In Joh. ep. 7,10).

Aby odczuwać bliskość Boga, należy więc oczyścić oczy naszego serca. A są one często stare, chore, poranione. Jesteśmy jak uczniowie po zmartwychwstaniu Jezusa. Jezus przebywał tam, obok nich, a Ewangelia mówi nam: „Gdy tak rozmawiali i rozprawiali z sobą, sam Jezus przybliżył się i szedł z nimi. Lecz oczy ich były niejako na uwięzi, tak że Go nie poznali" (Łk 24,15-16). Poznać to jakby narodzić się dla kogoś; to niejako pewna identyfikacja z tym, kogo poznajemy. Właśnie miłość identyfikuje nas z innymi. Jesteśmy tym, kogo lub co kochamy.

Każdy jest taki, jaka jest jego miłość. Kochasz ziemię? Ziemią będziesz. Boga kochasz? Cóż powiem? Że będziesz Bogiem? Nie śmiem powiedzieć to sam od siebie, ale posłuchajmy Pisma: „Bogami jesteście i synami Najwyższego" (In Joh. ep. 2,14).

Oto dlaczego poznajemy to, co kochamy i to na miarę naszej miłości. Nie ma poznania tam, gdzie brakuje miłości.

Posiadać przez umysł to posiadać przez poznanie, a nikt nie jest doskonale poznany, jeśli nie jest doskonale kochany (* De div. q. 83, 35,2).
Ażeby poznać Boga, odczuć Go blisko, musimy zacząć od pokochania Go, stać się miłością, gdyż Bóg jest Miłością. Poznać Boga to narodzić się dla miłości. Św. Jan mówi o tym jasno: „(...) każdy, kto miłuje, narodził się z Boga i zna Boga. Kto nie miłuje, nie zna Boga (...)" (l J 4,7-8).

Miłość jest przeto nade wszystko darem. Kochać to stać się darem. A dar wymaga od nas wyzucia się ze wszystkiego. Dar ofiarowany już do nas nie należy, przynależy on temu, komu go ofiarujemy. Bóg jest Miłością i już ze względu na to daje się całkowicie, ofiarowuje się nam. Dlatego właśnie Bóg w najbardziej totalny i absolutny sposób wyzbywa się siebie. Bóg jest niczym promień słońca, który nigdy nie zwraca się ku samemu sobie, żeby się kontemplować. Stara się jedynie rozświetlić nas, wypełnić nas światłem. A Bóg daje się nam dlatego, że nas kocha. Staje się przy nas obecny we wszelkich okolicznościach i wydarzeniach życia.

On to wszystko uczynił, a nie przebywa daleko od nas. Bo nie jest tak, że uczynił i odszedł. Od Niego pochodząc, te rzeczy w Nim istnieją (Conf. IV, 12,18).

Owa obecność Boga w naszym życiu jest obecnością żywą. To właśnie ona niejako ubezpiecza nasze życie. Bóg sprawia, że jesteśmy. Bóg zachęca nas do życia. Dlatego wszystkie rzeczy wypływają z Jego obecności, istnieją bowiem ze względu na Niego. W rzeczywistości to nie Bóg jest w nas, to raczej my jesteśmy w Nim. Bóg wspiera nas i trzyma w swej dłoni.

Nie byłoby mnie, Boże mój, zupełnie by mnie nie było, gdyby Ciebie we mnie nie było. A może raczej nie byłoby mnie, gdybym nie istniał w Tobie, z którego wszystko, w którym wszystko? (Conf. I, 2,2).

Miłość jest życiem Boga. I ponieważ Bóg nas kocha, jesteśmy. Odczuwać Boga obok siebie to odczuwać otaczającą nas Jego stwórczą miłość: czuć się przez Niego kochanym. Największy problem, jaki pojawia się przed nami wszystkimi gdy się modlimy, to stać się wrażliwymi na tę miłość Boga zwróconą ku nam, odczuć, że jesteśmy kochani przez Boga.

Ażeby odnaleźć ową wrażliwość na miłość Bożą, trzeba nam zacząć od oczyszczenia naszego serca, oczyszczenia naszej miłości.

W miarę jak stajemy się miłością, doświadczamy Boga. Nauczyć się modlić oznacza zatem nauczyć się kochać.

Aby żyć z Bogiem, aby wejść z Nim w relację, nie wystarczy myśleć; trzeba nam przede wszystkim umieć oddać, ofiarować siebie. Bóg daje się nam, jednak na miarę naszego oddania się Jemu. To dar z nas samych wprowadza nas na drogę ku Bogu. Jednak miłość nie ogranicza się po prostu do robienia czegoś dla kogoś innego; jest ona rzeczywistością znacznie głębszą. Kochać kogoś to wejść z nim w komunię, cieszyć się jego obecnością, spędzać czas w jego towarzystwie. Aby się modlić, należy przeto wejść we własne serce, aby je pochwycić i ofiarować. Modlimy się tak, jak kochamy; modlimy się tak, jak oddajemy samych siebie.

To, co leczy nieczułość naszego serca, co pozwala nam odkryć miłość Boga wobec nas, to miłość. Wchodzimy w modlitwę podobnie, jak wchodzimy w przyjaźń: na drodze zaufania, drodze wiary. Sw. Augustyn jest tego doskonale świadomy i nie przestaje nam o tym mówić.

Św. Augustyn na samym początku swych Wyznań, stawia z cała jasnością problem warunków dobrej modlitwy.

Ale daj poznać, Panie — niech to wreszcie zrozumiem — czy najpierw człowiek ma Ciebie wzywać, czy stawić? I czy w ogóle można Cię wzywać, zanim się Ciebie pozna? Bo jakże to? Czy można wzywać, nie znając Ciebie? Przecież mógłby wtedy człowiek, myląc się, coś innego przyzywać! Lecz może trzeba Ciebie wołać na pomoc, żeby Cię poznać? Ale jakże będą wzywać Tego, w którego jeszcze nie uwierzyli? Jak uwierzą, póki ich ktoś nie pouczy? Sławić będą Pana ci, którzy Go szukają. Szukając bowiem, znajdą Go, a znajdując — będą Go sławić. Niechże szukam, wzywając Ciebie Panie! Niech Cię wzywam, wierząc w Ciebie. Bo już nas pouczono o Tobie. Wzywa Cię, Panie, wiara, którą mnie obdarzyłeś. Natchnąłeś mnie tą wiarą przez człowieczeństwo Syna Twego i przez służbę człowieka, który mnie pouczył (Conf. I, 1,1).

Tekst ten wprowadza nas w najgłębszą dynamikę modlitwy. Przedstawia nam także warunki, jakie winniśmy spełniać, aby się modlić.

Na początku modlitwy jest zawsze wezwanie ze strony Boga. To nie my podejmujemy inicjatywę modlitwy. To Bóg wzywa nas do modlitwy.

Ty sprawiasz sam, że sławić Cię jest błogo (Conf. I, 1,1).

Modlimy się tak, jak kochamy. A modlimy się dlatego, że Bóg pierwszy nas ukochał. Modlitwa jest zatem łaską, której Bóg nam udziela. „W tym przejawia się miłość, że nie my umiłowaliśmy Boga, ale że On sam nas umiłował (...)" (U 4,10). Bóg nieustannie zbliża się do nas i zaprasza nas, byśmy zmierzali ku Niemu, byśmy Go kochali. Poprzez wszystko, co nas otacza, nie przestaje nam powtarzać: „Kochaj mnie!"

Zresztą i niebo, i ziemia, i wszystko, co one zawierają, ze wszystkich stron wołają do mnie, abym Cię miłował. To orędzie stale rozbrzmiewa, zwrócone do wszystkich ludzi (...) (Conf. X, 6,8).

Ten nakaz: „Kochaj mnie!" łamie naszą samowystarczalność i sprawia, że rodzi się w nas intymna relacja z Bogiem; czyni On nas zdolnymi do pokochania Go. To właśnie owo zaproszenie do miłości Boga stanowi początek wszelkiej prawdziwej modlitwy. Inicjatywa modlitwy pochodzi zatem od samego Boga.

Kocha przede wszystkim ten, kto najpierw czuje się kochany. A Bóg ukazuje nam swą miłość głównie poprzez Jezusa, poprzez misterium Jego Wcielenia. Jezus jest prawdziwym objawieniem miłości Ojca ku nam: „Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał (...)" (J 3,16).

Wzywa Cię, Panie, wiara, którą mnie obdarzyłeś. Natchnąłeś mnie tą wiarą przez człowieczeństwo Syna Twego i przez służbę człowieka, który mnie pouczył (Conf. I, 1,1).

Najbardziej podstawowym problemem w modlitwie jest uwrażliwienie na ową miłość Boga i przyjęcie jej w swym sercu. A przyjęciem miłości Boga w naszym życiu jest właśnie wiara. Wiara jest radością czucia się kochanymi przez Boga, ofiarowania Mu naszej ufności, oddania Mu steru naszego życia.